W lipcu jednak Gorajec ożył, a liczba
jego mieszkańców wzrosła dziesięciokrotnie. Znów na wsi
obok języka polskiego zabrzmiały inne języki, nawet takie,
których nikt by się tu nie spodziewał, bo to ponoć “kuniec świata i przed Gorajcem nawet wrony zawracajo”!
Na szczęście my w tym roku nie zawróciliśmy i pomimo niełatwej drogi dotarliśmy do Chutoru Gorajec.
Piątek
Festiwal rozpoczęło się w piątek 15 lipca w momencie przybycia
pierwszego gościa – którym okazał się pa
n Wiesław –
„Drwalik”, a potem już wszystko nabrało niesamowitego
tempa. Pole namiotowe zaczęło się zaludniać, a na mapie, na
której przybysze zaznaczali skąd przyjechali, zrobiło się
ciasno. Zjawili się tu przedstawiciele Gniezna, Gdańska, Poznania,
Wrocławia i ,oczywiście, “Stolycy”, zbłądzili do Chutoru
nawet goście z odległych krajów: Anglii, Hiszpanii, Francji i
Estonii. Nie zabrakło także barwnych postaci zza wschodniej granicy.
Czas w
Gorajcu mierzy się inaczej, więc impreza zamiast o umówionej
godzinie zaczęła się wraz z zapadnięciem zmroku. Na Małej Scenie
pojawili się opowiadacze. W tematykę Roztocza wprowadził nas Marek
Wiśniewski, a duet sceniczny Dziadek Olek & Yury Tsymbał dodał
kolorytu imprezie. Szczególnie dziadkowe opowieści ożywiły
publiczność, a my dzięki nim odkryliśmy 79-letnią gwiazdę estrady!
Talent przekazywany jest ponoć w co drugim pokoleniu, co udowodnił
Olkowy wnuk Mateusz, który z rubaszną opowieścią Mirka Nahacza
pod tytułem “Bombel”, dorównał dziadkowi. Ta
opowieść sprowokowała również do występu na Małej Scenie patrona
Wieczoru Opowiadaczy, ukrywającego się dotychczas w tłumie publiczności
– Andrzeja Stasiuka, który przy winku poopowiadał nam
trochę o prawdziwym Bomblu, pierwowzorze tego książkowego. Poznaliśmy
też kilka nieocenzurowanych przygód pana Andrzeja z wypraw na
wschód.
A gdy zapadła
już noc i wszyscy przestali się krępować, wystąpiła lokalna gwiazda
sceny muzycznej - Salsa. Gorącą atmosferę imprezy ochładzała jedynie
pogoda, a grozy całej sytuacji dodawały otaczające Gorajec burze. Matka
natura jednak oszczędziła Folkowisko, nie powywracała huraganowym
wiatrem namiotów, gradem nie porozbijała szyb, wyszumiała się w
okolicznych przysiółkach i pobliskich lasach, zapewniając jednak
niesamowitą oprawę nocnej biesiadzie, w spektaklu przyrody brakowało
już chyba tylko piorunów kulistych.
Determinacja
gości i zespołu była niesamowita, pomimo gromów i błyskawic
impreza trwała na całego, pary tańczyły, ludzie śpiewali, a pioronujący
występ Salsy na długie lata zapisał się w naszej pamięci.
Aklimatyzacja trwała do późnych
godzin nocnych, a może lepiej powiedzieć wczesnych porannych! Dlatego
też na pierwszy z przygotowanych rajdów “Powitanie
słońca” wstali jedynie Marcin, Andrzej S. i Zbyszek. Cóż
może za rok powitamy słońce w liczniejszej grupie. Dla słońca
najwyraźniej nie liczy się ilość witających, ale ich jakość,
która to zagwarantowała doskonałą pogodę na kolejne dni
Folkowiska.
Sobota
Wreszcie
śniadanie – co ciekawe, w cenie karnetu. Ale co się dziwić jeśli
w Gorajcu nie ma nawet sklepu, jeśli nie liczyć raz dziennie
zjawiającego się samochodu piekarni przez tubylców zwanego
“Słoneczko”.
Kto nabrał sił, ten o 10tej ruszył na
wyprawy, rajdy i spacery. A kto zbyt pobalował w piątek zajął miejsce
przy ''ratuszu''- tak Kostek pieszczotliwie nazwał Jurka „bo jak ratusz zawsze jest w tym samym miejscu”i uczestniczył w specyficznym rajdzie ekstremalnym – do lodówki!
Co się działo
na Rajdzie Samochodowym i na spacerze po Gorajcu nazwanym
“Gorajec Tour” musicie się dowiedzieć z innych relacji, bo
ja pomimo gróźb i próśb organizatorów wraz z
innymi 50cioma odważnymi udałem się na Rajd Ekstremalny rzeczką
Łówczanką. Wielu weteranów poprzednich Folkowisk
sugerowało, że tegoroczna edycja rajdu to bułka z masłem w
porównaniu z poprzednimi laty, bo nie było zdradzieckich
kołków. Były za to: stawidła, wodospady, głębie, szuwary i
zwalone pnie drzew tarasujące drogę. Potem błota i mokradła, a na nich
kości rozszarpanego przez watachę wików jelenia i punkt
kulminacyjny ekspedycji– leśne schrony oddziałów UPA. Nad
wszystkim bacznym okiem czuwał najlepszy znawca okolicznych
lasów pan Zbyszek vel Zielarz, znający tu chyba każdy kąt i
każdą roślinkę. Wprowadzał on nas nieraz na grzyby jak na prawdziwe
pole minowe.
W odstępach leśnych zaskoczyło nas
spotkanie z samotnym uczestnikiem innej wyprawy - Gorajec Tour,
który odłączy się od swojej grupy i raźnym krokiem
zmierzał lasami w kierunku Ukrainy.
Po
powrocie w Chutorze czekała na nas prawdziwa uczta: pierogi, bigos,
grochówka i chleb ze smalcem, przygotowane przez gospodarzy i
najprawdziwsze Koło Gospodyń Wiejskich. To ciekawe, że takie
organizacje ciągle istnieją i prężnie działają. Zastanawia mnie czy
istnieją “Koła Gospodyń Miejskich”?
Po przerwie objadowej czekały na nas
kolejne atrakcje. Do wyboru: kajaki na Tanwii lub wyprawa wozami
konnymi do Cieszanowa i na kąpielisko.
Gdy już przyszła pora rozpoczęcia Nocy Folkowej okazało się, że połowy uczestników brakuje.
- Ale kogo?
- Kajakarzy!
Przecież się nie potopili, bo woda w Tanwi po kolana, więc co się stało?
Telefonów nie odbierają, żadne
z 13 aut nie wróciło do bazy. Czy to pechowa 13? Odpowiedz jest
prosta, pechowe było zamknięcie kluczy i cenniejszych rzeczy w słoiku,
który wieziony był przez ostatni w kawalkadzie kajak. Przyszło
więc trochę na nie poczekać ;)
Folkowisko to chyba jedyny festiwal,
na którym program układany jest na bieżąco. Gdy goście zdobywali
Roztocze, do gospodarzy zgłosiła się pani Zoja i zaproponowała
swój występ. Widać do odważnych świat należy i już po kilku
minutach
artystka występowała na scenie. I chyba nikt nie pożałował tej
decyzji ponieważ pani Zoja zachwyciła swoim występem i bardzo
delikatnym, melodyjnym głosem.
A potem były
Żmije i całkowity szał na i pod sceną, skakał każdy kto zachował choć
odrobinę sił. Prym w tańcu wiedli najstarsi mieszkańcy Gorajca. Widać,
że odżyły z tego powodu stare animozje i mieszkańcy PGR-u
„popstrykali” się ze wsią. Ale co to za wiejska zabawa bez
bójki i to bójki w wykonaniu 60 latków!
Po Żmijach zagrała dyskoteka, na
której na żądanie publiczności, folkowe hity w wykonaniu Mandr
czy Horpyny ustąpiły miejsca folklorowi współczesnemu w
wykonaniu Boysów czy Mr Presidenta. Impreza skończyła się jednak
klasycznie – polonezem w wykonaniu tych, którzy
pomimo późnej pory ciągle trzymali się na nogach. A potem jak to
zwykle nad ranem w Gorajcu bywa, nadciągnęły mgły, które
skrzętnie ukryły pozostałe wydarzenia niezapomnianej Folkowej Nocy.
Jedni spali w namiotach, inni wokół ognisk, były też ponoć próby spania w rowie ;)
Niedziela
Poranek jest jednak
szczęściem nielicznych i tylko nieliczni byli w stanie wstać na poranną
mszę. Frekwencja była już znacznie lepsza na porannych wyprawach,
które to o 9 rano wyruszyły w teren. Rowerzyści podążyli w
stronę Brusna, kolejna grupa ruszyła na kajaki. A my na spacer bocznymi
gorajeckimi drogami. Za przewodnika służyły nam wspomnienia rodzinne
opowiadane przez Andrija Fila, którego babcia mieszkała przed
laty w Gorajcu. Razem dotarliśmy do leśnego cmentarza z 1940 roku, oraz
figury św. Nepomucena, ukrytej przy dawnym wiejskim dukcie.
W tym czasie rozpoczęły się już Dni
Otwarte Cerkwi, a w ich ramach jarmark z kilkoma straganami, z
których najbardziej moją uwagę zwrócił ten ze strojami
ludowymi.
Punktem
kulminacyjnym niedzieli był pokaz filmu „Ostatnia podróż
do domu” i klimatyczny koncert dumek ukraińskich w wykonaniu
Eweliny i Ani.
I tak oto
zakończyła się oficjalna część imprezy. Większość z nas rozjechała się
do domów. Ci jednak którzy postanowili pozostać w
Chutorze prześpiewali i przetańczyli kolejną noc. A planowane nocne
kino pod chmurką na, który tak czekaliśmy odbędzie się pewnie
dopiero za rok, bo kto by przerywał dziewczynom tańce na stołach i
oglądał jakieś tam filmy ;)
Epilog
W poniedziałkowy
poranek Gorajec opuszczali już ostatni goście, a między nimi i
uczestnicy 35 Rajdu Karpaty, który to po raz pierwszy w swojej
historii zagościł na tych ziemiach. I nam ciężko było rozstawać się z
Chutorem, ale praca wzywa. Wrócimy tu jednak i to prędzej niż
się właścicielom zdaje, bo pokochaliśmy to miejsce, a i wreszcie jest
tu gdzie przenocować bo Chutor oddał do naszej dyspozycji swoje pole
namiotowe. Niestety nie będziemy pierwszymi jego gośćmi ponieważ
ubiegli nas w tym rowerzyści z Tarnowa, którzy tuż po Folkowisku
przybyli do Gorajca z własnym namiotem w poszukiwaniu ciszy i spokoju,
która nastała tu po szumnym i ludnym Folkowisku. W sierpniu
wybieramy się więc do Gorajca, żeby być jednymi z pierwszych gości
Ośrodka Wczasowego Chutor Gorajec i pomóc gospodarzom w jego
promocji.